Nie wiem czy dla stałych czytelników będzie to niespodzianką, ale szalenie lubię uczyć. Moja młodsza o 6 lat siostra coś o tym wie! Ile razy bawiłyśmy się w dzieciństwie w szkołę? Nie zliczę! Oczywiście ze mną w roli nauczycielki, przekazującej co tam się dziś na prawdziwych lekcjach dowiedziała.

Mimo takich początków, wiele czasu zajęło mi zdanie sobie sprawy, że uczenie innych to jedna z moich prawdziwych pasji. To znaczy, wiedziałam, że robię to dobrze. Wiedziałam, że to chyba dlatego, że mam jakiś talent. Szukałam też coraz to kolejnych okazji do dzielenia się moją wiedzą, ale nie zdawałam sobie świadomie sprawy, z tego co łączy te poszczególne zajęcia.

Kiedy dotarła do mnie informacja o wspólnym mianowniku? Chyba niecały rok temu. Może to było w kwietniu?

Otrząsnęłam się po chwilowym szoku (jak ja mogłam sobie nie zdawać z tego sprawy przez tyle lat? Nie do wytłumaczenia…) i zaczęłam poszukiwania odpowiedniej formy w jaką mogłabym ubrać wiedzę, którą chcę Wam przekazać.

Naturalnie, w pierwszym odruchu zaczęłam pisać posty na blog. Efekt? Na przykład projekt „Jak zrobić stronę internetową…?

Niestety w ostatecznym rozrachunku, wyszło, że nie opłaca się przedstawiać wiedzy w takiej formie. I bynajmniej nie chodzi o to, że jest udostępniana za darmo! Już Wam mówię o co chodzi.

Po pierwsze: Posty giną w czeluściach bloga.

Oczywiście warto mieć jak najwięcej wartościowych postów (chociażby ze względu na SEO), ale jednak podstawowa wiedza, którą czytelnik ma przyswoić, powinna być w bardziej przystępnej formie.

Po drugie: Post nie przynosi nic poza (zwykle chwilowym) ruchem na blogu.

Ktoś go udostępni, wejdą nowe osoby i one albo wyjdą albo wrócą. Raczej większość wyjdzie i nawet jeśli polubiła bloga i zapisała go w zakładkach, to i tak nie dostanie powiadomienia o nowym poście, więc niestety nie wróci… Jak może już wiesz (jeśli blogujesz jakiś czas) lub to dla Ciebie nowość, raczej w większości przypadków, dążymy do budowania społeczności stałych czytelników. Fajnie jest mieć ruch, ale to stały czytelnik jest nadrzędną wartością. Posty z wartościową treścią ich ściągają, ale zatrzymują ich zbyt mały odsetek.

Po trzecie: Post nie jest tak doceniany.

Co innego kurs albo eBook. Wiadomo powszechnie, że za artykuły w sieci nie trzeba płacić (są wyjątki, ale sami sobie odpowiedzcie na pytanie – jak je przyjmujecie? Niezbyt entuzjastycznie, bo jednak standard jest inny, prawda?). A jak za coś nie trzeba płacić to, zgodnie z powszechnym przekonaniem, nie może to reprezentować dużej wartości. Inaczej sprawa się ma z kursami albo eBookami – te standardowo są płatne, zwykle nawet są drogie. Dlatego każdy darmowy e-produkt, jest przyjmowany jako prezent. Ma dla odbiorcy dużo większą wartość niż zwykły post na blogu. Dając czytelnikowi czy potencjalnemu klientowi e-produkt, dajesz mu nie tylko wiedzę, ale i prawie namacalną rzecz.

Jak widzicie, przewaga innych form prezentacji nad zwykłym postem jest dość duża.

Jest jeszcze czwarty, najważniejszy zysk, który zostawiłam na koniec. Dzięki udostępnianiu e-produktów (np. kursu, o którym dziś mowa) w zamian za adres czytelnika, budujesz listę mailingową. To czemu warto ją mieć (a warto!) to temat na cały kolejny post. Dziś spróbuję streścić jej zalety w kilku słowach:

  1. budujesz bazę czytelników/klientów
  2. nawiązujesz kontakt z czytelnikami/klientami, prowadzisz dialog (mogą Ci odpisywać na wiadomości!
  3. Twoja lista jest niezależna. W przeciwieństwie do strony na Facebooku, to Ty tu władasz listą osób zainteresowanych Twoim blogiem/biznesem. Nie ryzykujesz utraty ich danych i możliwości kontaktu w razie np. zablokowania fanpejdża itp.

Wśród innych zalet kursów on-line można wymienić:
– łatwą dostępność wiedzy dla czytelnika,
– przystępną strukturę

Takie kursy mają też kilka wad:
– ich przygotowanie może być kosztowne (nie musi!)
– wymagają większego nakładu pracy niż napisanie posta
– aż proszą się o szerszą promocję, co może wymagać czasu albo pieniędzy

Po tym przydługim wstępie, uzasadniającym po co w ogóle rozważać zrobienie kursu mailowego, przejdźmy do konkretów!

Jak zrobić kurs mailowy?

jak-zrobic-kurs-internetowy

 

Narzędzia potrzebne do zrobienia e-kursu mailowego

Kurs „Jak zacząć projekt biznesowy”, był kursem mailowym. Jego uczestnicy przez 7 kolejnych dni otrzymywali ode mnie wiadomości (po jednej dziennie), w których znajdowały się zadania, ćwiczenia, trochę teorii.

Wobec tego, najważniejszym narzędziem do stworzenia takiego kursu, okazał się system dostarczający maile – w moim przypadku był to MailChimp. Uwaga! Aktualizacja kilka zdań dalej!

Alternatywnie, można do tego użyć każdego innego systemu, który oferuje funkcję autorespondera lub wysyłania wiadomości o danej godzinie. *O tym czym się różnią te opcje i która jest lepsza, napiszę za chwilę, w dziale o tym co mogłam zrobić lepiej! Miejcie to na oku!

Przykładowe systemy:GetResponse, AWeber, FreshMail.

Uwaga! AKTUALIZACJA! – 11.08.2016r.

Jakiś czas temu pojawiło się na rynku nowe, genialne narzędzie do mailingu – ConvertKit! Z początku byłam do niego sceptycznie nastawiona i długo szukałam powodów, by odwlec zmianę mojego usługodawcy (MailChimp). Ostatecznie jednak po usłyszeniu kilku pozytywnych opinii postanowiłam spróbować i… żałuję, że zwlekałam tak długo!

ConvertKit jest w 100% dostosowany do potrzeb internetowych biznesów, szczególnie blogerów. Ma opcje, o których śniłam używając MailChimpa. I co najważniejsze, nie ma jego największej wady – nie tworzy się na nim osobnych list dla każdego projektu (np. newslettera, kursu mailowego, webinaru itp.), co w MC wiązało się z płaceniem 2 lub więcej razy za jedną osobę, która zostawiła mail. Zamiast tego jest jedna lista, a subskrybentów porządkuje się tagami, formularzami z których się zapisali i segmentami – magia!

Do tego ConvertKit ma specjalna opcję „Sekwencje”, która jest przeznaczona nie mniej nie więcej jak… do prowadzenia mailowych kursów lub autoresponderów. I dodam, że korzysta się z niej 10 razy łatwiej niż z automatyzacji w MailChimpie.

Naprawdę gorąco polecam to narzędzie, czekałam na coś takiego bardzo długo :)

ConvertKit


Kolejnym narzędziem, bez którego kurs by nie powstał, był edytor tekstu z opcją zapisywania jako pdf. Przygotowywałam w nim materiały do wydrukowania, np. to ćwiczenie: (darmowy fragment eBooka).

Ja używałam Pages (na MacBooka), ale większość rzeczy spokojnie można było zrobić w Wordzie, a nawet w Canva.


Używałam też oprogramowania do tworzenia stron lądowania (landing pages). W nim stworzyłam stronę reklamową i stronę zapisu. W pierwszej edycji korzystałam z LeadPages. To fajne narzędzie, ale moim zdaniem kompletnie nieopłacalne. W drugiej edycji zmieniłam je na wtyczkę do WP OptimizePress, która też do tanich nie należy, ale jest bardziej uniwersalna i płaci się za nią tylko raz, a nie co miesiąc wysoką kwotę…

Jeśli chodzi o strony lądowania to są one baaardzo przydatne, ale wcale nie trzeba korzystać z płatnych narzędzi do ich tworzenia. Jeśli używasz GetResponse do wysyłania newslettera, to przynajmniej 1 landing page masz w cenie. Możesz też skorzystać z darmowego narzędzia OntraPages lub jakiejkolwiek innej, darmowej wtyczki do WordPressa.

Podsumowując, potrzebujesz:

  • narzędzie do wysyłki maili,
  • narzędzie do tworzenia plików z ćwiczeniami np. pdf,
  • narzędzie do tworzenia stron lądowania (nie jest ono wymagane, ale zastosowanie go dalej lepsze rezultaty, więcej zapisów i ułatwia promocję!)

I to tak naprawdę tyle!

Czas potrzebny do zrobienia e-kursu mailowego

Przygotowanie całego kursu „Jak zacząć projekt biznesowy” zajęło mi około 2 miesięcy. Od pomysłu do startu.

Najwięcej czasu zajęło mi zaznajomienie się z systemem do wysyłki maili (z MailChimpem) i ustawienie w nim maili. Gdy jest już to za mną, myślę sobie, że nie musiało to tyle trwać, bo wcale nie było to takie trudne. Wtedy jednak bardzo się bałam, że coś źle zrozumiem, coś źle wcisnę i wyślę roboczego maila do kilkuset osób, więc sprawdzałam po sobie wszystko 3 razy…

Przygotowanie kursu – krok po kroku

Zrobienie kursu mailowego to nie jest fizyka kwantowa (lubię to powiedzenie!). Ważna jest jednak kolejność wykonywania zadań, tak by te mniej ważne nie przesłoniły najistotniejszych. Poniższe zestawienie czynności, zawiera tylko te niezbędne to stworzenia kursu od technicznej strony. Do tego powinny dojść jeszcze kroki biznesowe jak wytypowanie idealnej grupy docelowej, kontakt z osobami z tego grupy (lub po prostu z Twojej społeczności) i spytanie się o ich potrzeby,

1. Określenie temat kursu

Nie może on być zbyt szeroki. Kursy polegające na wysyłce maili nie są najłatwiejsze w przyswajaniu. Relatywnie trudno wrócić do poprzedniego materiału, nie tak łatwo odnaleźć szukaną informację znajdującą się w poprzednich lekcjach itd. Dlatego nie przesadzaj z ilością wiadomości. Moim zdaniem 7 to liczba optymalna.

Moja rada: Pomyśl, jakie pytanie zadaje Ci Twoja społeczność najczęściej. I po prostu w ramach kursu na nie odpowiedz.

2. Opracowanie materiałów

W kolejnym kroku zajęłam się przygotowaniem merytorycznych materiałów do kursu. Najpierw zaplanowałam tematy, które chcę poruszyć i później napisałam robocze teksty. Na tym etapie przydałaby mi się pomoc korektora, jednak nie zdecydowałam się na nią, czego żałuję. Z rozpędu sama zajęłam się szlifowaniem tekstów, szukaniem nadprogramowych przecinków, literówek i straciłam na tym kilka cennych dni.

Pamiętaj też o przygotowaniu materiałów dodatkowych np. plików do wydrukowania, tabelek, map, rysunków itp. Im ciekawsza forma przekazywanej wiedzy, tym więcej jej zostanie w kursantowi w głowie!

[sociallocker]

3. Promocja

Tę zaczęłam trochę zbyt późno, dopiero gdy miałam gotowy krok 4 czyli ustawiony system do wysyłki maili. Tobie nie polecam tego rozwiązania. U mnie tak wyszło, bo bałam się, że nie ogarnę MailChimpa na czas. I zgodnie ze znana zasadą, która mówi, że dane zadanie zajmie Ci tyle czasu ile na nie przeznaczysz, wlekło się to niemiłosiernie. A wiadomo, im mniej promocji, tym mniej osób dowie się o kursie. Dlatego zdecydowanie lepiej zamienić te kroki miejscami i najpierw promować (najwyżej dłużej to potrwa – lepiej!), a w międzyczasie ogarniać system wysyłki.

4. Ustawienie wysyłki maili

Tak jak napisałam wyżej, daj sobie chwilę na zapoznanie się z systemem. Nie jest to trudne zadanie, jednak mi zajęło najwięcej czasu.

5. Testy

Tydzień przed premierą kursu wysłałam go do siebie i przez kolejne dni otrzymywałam swoje lekcje. Czytałam je zwykle na komórce, tam gdzie mnie zastały – w kolejce, w metrze, w łóżku, na spacerze, przed telewizorem. Dzięki temu wyłapałam dodatkowe błędy i znalazłam miejsca, w których jeszcze chciałabym coś dodać.

6. Premiera!

To był stresujący, ale bardzo satysfakcjonujący moment! Wcisnęłam w MailChimpie wyślij i… wreszcie mogłam odpocząć! Jeśli chcesz wiedzieć więcej o tym ile czasu zajęła mi bieżąca „opieka” nad kursem w jego trakcie, piszę o tym na samym dole w pytaniach od Czytelników.

Co dał mi kurs?

– Przede wszystkim, był pigułką wiedzy dla moich czytelników! Czy wiesz, że w jego efekcie powstało wiele projektów, a dwie jego uczestniczki otrzymały nawet dotacje z urzędu pracy na własny biznes? Jak się o tym dowiedziałam, mało nie padłam z dumy! Chciałam zrobić dla Was coś użytecznego, kurs, który pozwoli postawić pierwsze kroki – po informacjach zwrotnych, wnioskuję, że mi się udało!
– Kurs przyniósł mi nowych czytelników i nowych subskrybentów newslettera.
– Dzięki niemu nauczyłam się obsługiwać MailChimpa, nauczyłam się budować strony lądowania, dowiedziałam się co lubicie w kursach i wiele innych! Wszystkich tych umiejętności używam w codziennej pracy nad blogiem, która teraz jest bardziej efektywna oraz korzystam z nich przy budowaniu kolejnego, tym razem „dużego” kursu, którego premiera już niebawem! (Zapisz się na listę oczekujących)
– Kurs dodał blogowi wartości.

Czy na kursie zarobiłam?

To bardzo ciekawy wątek. Sam kurs był darmowy, chciałam go jednak wykorzystać do przetestowania sprzedaży e-produktów. Jak to zrobiłam?

Otóż kurs miał pewną wadę – był jednak w formie mailowej. Jak sobie pewnie wyobrażacie, maile giną w czeluści skrzynki i ciężko jest wrócić po czasie do ich zawartości. Wobec tego, dla osób, które chciały mieć kurs w bardziej podręcznej formie przygotowałam eBook w formacie pdf, przyjazny do wydrukowania. Jego treść w 90% pokrywa się z kursem, a 10% to materiały dodatkowe.

Nie spodziewałam się, że publika się na niego „rzuci” – w końcu dokładnie tę samą wiedzę dostali już za darmo. Chciałam jednak zbadać, na właśnie takim produkcie niskiej potrzeby, czy moi czytelnicy są skłonni w ogóle zapłacić za produkt elektroniczny.

Jak się okazało – są. Sprzedałam kilkadziesiąt egzemplarzy eBooka, co pokryło część kosztów przygotowania kursu, aaaaale… otwarcie sklepu z eBookiem to też był koszt. Swoją drogą bardzo dobra inwestycja, ale temat sklepu zostawimy jednak na zupełnie inny, równie długi post. Tutaj tylko sygnalizuję.

Jeśli chcecie poczytać więcej o tym jak otworzyłam na blogu sklep (o taki, narazie skromny —> wiedza.theowner.co), dajcie znać!

Koszt zrobienia e-kursu mailowego

A teraz najważniejsze! Powiem Ci ile mnie ta impreza kosztowała (kliknij obrazek by powiększyć).

koszt przygotowania kursu

Dziwne, niezaokrąglone ceny wynikają z tego, że za większość narzędzi płaciłam w dolarach, euro albo w funtach. Wszystkie ceny są przed odliczeniem podatku VAT.

Jak widzicie, najwięcej kosztowała mnie pomyłka w wyborze programu do stron lądowania. Spokojnie mogę powiedzieć, że te prawie 300 złotych wyrzuciłam w błoto. Za to zakupu OptimizePress nie żałuję – za prawie taką samą kwotę będzie mi służył co najmniej rok! I przy okazji ma wiele innych, przydatnych funkcji!

Inwestycji w MailChimp nie żałuję, mimo, że mogłam jej uniknąć, poprzez wysłanie kursu danego dnia o danej godzinie, zamiast używając autorespondera.

Po pierwsze dlatego, że i tak korzystam z autorespondera do wysyłki jednostronicowego biznesplanu. Po drugie, dzięki temu mogłam dystrybuować kurs non-stop przez 2 miesiące. Sporo dodatkowych osób się dzięki temu zapisało!

Uznałam jednak, że wrzucę tu darmową alternatywę – gdyby ktoś w ogóle nie miał budżetu na przygotowanie kursu, to niech wie, że droga do niego nie jest zamknięta! Uwaga: opcja darmowa dostępna jest jedynie dla listy poniżej 2000 osób.

Co bym teraz zrobiła inaczej?

1) Zatrudniłabym osobę do korekty tekstów

Czytanie po sobie i szukanie błędów zajęło mi mnóstwo czasu. Nie wiem w sumie dlaczego, bo zwykłe blogowe posty czytam po sobie raz i idą w świat – jakoś bez zbyt wielu byków. Jednak gdy w grę wchodził kurs, chciałam, by był perfekcyjny. Nie przewidziałam tylko, że nie jestem zawodowym korektorem i po prostu nie potrafiłam od razu wyłapać wszystkich literówek, brakujących przecinków itp.
Następnym razem zdecydowanie nie będę się z tym męczyć sama!

2) Zastosowałabym więcej darmowych narzędzi

Tak chciałam, by kurs był perfekcyjny (znów…), że byłam w stanie wydać na niego każdą kwotę, która tylko była w zasięgu mojego portfela. Naprawdę wydawało mi się to dobrą inwestycją! Co o tym myślę teraz? No oczywiście, to był niezły sposób, ale ulokowanie (bardzo) nadmiarowego kapitału, ale no… na początku można było zrobić to taniej.

O płatnych rozwiązaniach do robienia stron lądowania już wspomniałam… Do tego zamiast inwestować w płatnego MailChimpa, mogłam wykorzystać jego darmową wersję! Jak? Zamiast ustawiać kurs jako autoresponder, mogłam wysłać go określonego dnia, o określonej godzinie – ta funkcja jest darmowa!
Z tego powodu nie dotarłabym do tak dużej liczby uczestników (zapisy i kurs trwały 2 miesiące!), ale mogłam przecież zrobić kilka edycji, prawda?

3) Promowałabym kurs jeszcze bardziej

Tak byłam zmęczona tworzeniem kursu, że nie starczyło mi już sił na jego promocję. Nie miałam też zbyt dobrego planu na to, nie zaangażowałam w promocję moich blogowych znajomych, licząc tylko na dobrowolne polecenia i tak dalej.

FAQ od Czytelników (zebrane z Facebooka)

Czy miałaś konkretny biznes plan?

Tak, ale skrócony. Rozpisałam sobie ten projekt na jednostronicowym biznesplanie.

Czy miałaś ściśle określoną grupę docelowa?

I tak, i nie. Mam określonego „idealnego czytelnika bloga” i do tej grupy docelowej chciałam dotrzeć z kursem. Nie wytypowałam osobno „idealnego kursanta”, ponieważ te grupy się w dużej mierze pokrywają.

Czy miałaś dopięty na ostatni guzik harmonogram?

Miałam harmonogram, oczywiście! Ale niekoniecznie można o nim powiedzieć, że był dopięty na ostatni guzik. Przykład: maile z lekcjami, to kiedy wychodzą do kursantów itp. miałam przygotowane tydzień przed rozpoczęciem kursu. Tylko dlatego, że dużo wcześniej rozpisałam sobie plan ich tworzenia. Natomiast promocja to był raczej freestyle i mix różnych skutecznych rzeczy wymyślany na bieżąco. Chciałabym dojść kiedyś do tworzenia realnych i skutecznych harmonogramów w tej kwestii… Ale wierzę, że i to przyjdzie z doświadczeniem :)

Ile czasu zajęła Ci obsługa kursu?

Obsługa pierwszej edycji kursu zajęła mi mniej więcej tyle czasu co trwał kurs (7 dni + wysłałam dodatkowy mail po tygodniu od zakończenia kursu). Z tym, że oczywiście nie siedziałam nad nim cały dzień, po prostu na bieżąco monitorowałam czy wysyłka działa, odpowiadałam na maile itp. Zajmowało mi to maksymalnie 2 godziny dziennie. Obsługa drugiej edycji była jeszcze mniej obciążająca, bo nie musiałam już tak dokładnie pilnować wysyłki lekcji – miałam je dobrze przetestowane.

[/sociallocker]

Podsumowując, tak oto powstał kurs. Trochę w bólach, trochę przysporzył mi nerwów, ale jestem z niego bardzo dumna i cieszę się, że Wam pomaga!

Narazie nie można się na niego zapisać – obmyślam aktualnie jak najlepiej by go wykorzystać. Ale jestem pewna, że niebawem wróci!

Dajcie znać jeśli jeszcze macie jakieś pytania odnośnie tworzenia takiego „małego” kursu mailowego. Z chęcią na nie odpowiem w komentarzach!

Masz już swój biznesplan?

Zapisz się na newsletter i ściągnij darmowy jednostronicowy biznesplan! Zacznij realizować swój pomysł od zaraz :)

I will never give away, trade or sell your email address. You can unsubscribe at any time.