Ci z Was, którzy czytają blog od dawna wiedzą, że moja przygoda z nim zaczęła się bardzo sztampowo. Od porzucenia pracy w korporacji :)

No może nie tak bezpośrednio, że złożyłam wypowiedzenie i od razu zaczęłam blogować – ten pomysł dojrzewał we mnie trochę wolniej. Ale pamiętam, że w ostatnich miesiącach etatowej pracy czytałam dużo blogów i rosło we mnie poczucie, że to może być zajęcie dla mnie!

Wracając do tematu pracy, jak na tamten moment mojego życia (byłam jeszcze studentką) czułam, że lepszej już mieć się nie da. Doradztwo podatkowe, Wielka Czwórka, kasa jaka się studentom nie śni – brałam to! Mimo, że zawsze czułam, że etat nie do końca jest dla mnie, chciałam sobie udowodnić dwie rzeczy:
– po pierwsze, że mam kompetencje, które sprawią, że najlepszy pracodawca na rynku się mną zainteresuje,
– po drugie, że etat naprawdę nie jest dla mnie, a nie tak mi się tylko uwidziało.

Chciałam sprawdzić się w warunkach najbardziej bojowych z możliwych. Efekt? Długoterminowe przekonanie, że etat to jednak NIE MOJE miejsce i wielki kop motywacyjny. Bo skoro etat nie jest dla mnie, to biznes musi się udać!

Nie jest jednak tak, że ta praca była taka zła. W gruncie rzeczy zła nie była w ogóle! Wręcz jestem niezmiernie zadowolona z tej przygody i każdemu kto chce zacząć prace nad własnym biznesem polecam najpierw zdobycie doświadczenia w korporacji! Różniła się jednak znacznie od tego czego doświadczam w dziś. I trochę chcę Wam o tym opowiedzieć!


Etat vs. biznes

Czas pracy

Z jednej strony wszędzie piszą „Zrezygnuj z pracy, otwórz firmę i pracuj kiedy chcesz”, z drugiej non stop dochodzą do nas głosy, że mając swój biznes pracuje się 24/7 – nie da się odpocząć, wyspać czy wyjechać na wakacje. I powiem Wam od siebie, że prawda leży gdzieś po środku :)

Od tego ile pracujesz nad własną firmą zależy kiedy i jaki sukces odniesiesz.

Jako, że sukces łączy się przeważnie z wzrostem zysków i satysfakcji, większość osób prowadzących biznes decyduje się na początku wkładać w niego tyle pracy ile tylko się da.

Nadgodziny we własnej firmie dają coś więcej niż parę dodatkowych groszy w portfelu! Twój projekt dzięki nim rozwija się szybciej, ale bez nich też raczej nie upadnie (chociaż czasem może!). Jeśli jednak zdecydujesz się pracować nad biznesem „ponad normę” przyniesie Ci to na pewno satysfakcję z szybszego rozwoju, ona da kopa do działania, a stąd już blisko do większych zysków i totalnego zadowolenia z dzieła, które stworzyłeś :)

Jednak to Ty decydujesz ile pracujesz! Jeśli nie zależy Ci na ekspresowym sukcesie to przeważnie nic nie stoi na przeszkodzie by trochę wyluzować. I tutaj zgadzam się ze początkowym stwierdzeniem, że możesz pracować ile chcesz – łącznie z tym, że możesz godzić biznes z pracą na etacie (kiedyś bym się z tym nie zgodziła, ale byłam wtedy młoda i leniwa… :))

Na etacie pracujesz określoną ilość godzin, a Twoja pensja jest (stety – niestety) stała. Przy rozważaniu „co lepsze” trzeba wziąć pod uwagę ryzyko związane z tym, że w pewnej chwili w biznesie wypłaty może nie być wcale i rozważyć czy jest się na to gotowym.

Jeśli jednak wszystko robisz dobrze, to przyjdzie dzień, w którym przestaniesz się wyrabiać z pracą, a doba stanie się za krótka. To naturalna konsekwencja wzrostu Twojego biznesu (przy okazji, czy wiesz, że wzrost na poziomie 5% tygodniowo jest wystarczający, żeby powiedzieć „mój biznes rośnie dobrze”?). To do przewidzenia, że na pewnym etapie zabraknie Ci „rąk do pracy” i jest to powód do dumy.

Rutyna

Rutyna, jest potrzebna. Daje punkty odniesienia w czasie, wyznacza rytm życia, zapewnia poczucie bezpieczeństwa i sprawowania kontroli nad własnym życiem. Przez wielu jednak jest nielubiana, bo kiedyś mieli jej aż zanadto. Wśród nich byłam i ja. Miałam okazję pożyć długo z nią i długo bez niej, co daje mi porównanie i wygląda ono następująco:

Natura ludzka preferuje porządek i przewidywalność

Moja też. W etatowej pracy było pod tym względem fajnie: o 9:20 piłam pierwszą kawę, dokładnie o 10:25 przychodził Pan Kanapka, o 12:00 zamawiałam lunch, który jadłam od 12:30 do 13:00. Potem o 16:00 następna kawa, o 18:30 pogaduszki ze znajomymi z pracy albo spotkanie z koleżankami na mieście. O 20:00 docierałam do domu.

Teraz nic nie jest pewne. No może oprócz tego, o której wstanę. Dbam (bez większego wysiłku) o to żeby zawsze to była ta sama godzina. I to by było na tyle :)

Równowaga: rutyna vs. spontaniczność

Wciąż pracuję nad zwiększeniem rutyny i większą ilością „punktów zaczepienia” w czasie dnia. Nie odpoczywam gdy mam na to ochotę tylko świętuję w ten sposób weekendy. (Czasem robię sobie w środę „małą sobotę :)) Staram się tak ustawiać cykliczne wydarzenia, aż poczuję, że mam odpowiednią równowagę – między nimi, a resztą czasu. Ale to wymaga zaangażowania.

Jak mi z tym? Nieźle. Niestety sytuacja jest dynamiczna – pojawia się przeprowadzka, mały człowiek na świecie, podróż – odpadają mi WSZYSTKIE rutynowe zajęcia. Trzeba być przygotowanym na takie zmiany i z wyprzedzeniem organizować sobie czas. W zależności od Twojego samozaparcia może to być praca kilka godzin poza domem, mogą to być ćwiczenia w nowym miejscu, może to być kurs językowy (tylko nie online :)) – cokolwiek, co zmusi Cię do regularności!

Moim zdaniem to właśnie brak podstawowej rutyny jest jedną z przyczyn tak zwanego „przeciekania czasu przez palce” – szczególnie dotkliwego w na początku przygody z własnym biznesem.

Dlatego jeśli pracujesz na etacie doceń to, że każdy dzień jest pewny. I jeżeli któregoś ranka postanowisz, że to Twój ostatni dzień w pracy, to od następnego tygodnia przygotuj nową rutynę. Pozwoli ona na łagodniejsze przejście ze świata ułożonego i zaplanowanego do świata wolności (który kusi by trochę „odpocząć”, a nagle orientujesz się, że minął miesiąc od wyjścia z pracy, a Ty nadal w tym samym punkcie. Mimo, że planów na ten czas były tysiące).

Poranny start

Dla niektórych wizja wstania o tej godzinie, o której się chce to wystarczająca motywacja do wystartowania z własną firmą. Nie mam zamiaru jej oceniać, bo każdy musi działać tak jak chce i jak mu wygodnie, ale powiem Wam jak wygląda porównanie poranków z czasów mojej pracy w korporacji z obecnymi :)

„Spanie do oporu i sprint ze szczoteczką do zębów”

vs.

„Wstaję przed budzikiem i pracuję jeszcze w łóżku…”

Jestem raczej skowronkiem a nie sową, ale nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek wstała do pracy na etacie przed czasem (jak miałam zapalenie pęcherza się nie liczy!). Kołdra trzymała mnie do ostatniej minuty co skutkowało tym, że do pracy biegłam (dosłownie! Nie lubię się spóźniać…)

Teraz? Budzik uruchamiam tylko jak muszę wstać o jakiejś dzikiej godzinie (np. o 4 rano) na samolot. Bez niego budzę się sama z siebie, z przyjemnością (!) między 7 a 8.

Do tego  bardzo lubię pracować z łóżka – chociaż odkąd mam nowe biurko, robię to dużo rzadziej. Ale i tak nadal, jeżeli danego dnia nie mam zaplanowanego pilnego wyjścia, potrafię ocknąć się przed komputerem (ale jeszcze w pościeli) o 11 z myślą „co ja właściwie robiłam ostatnie godziny”? Najpierw karcę się za długie wstawanie, ale potem orientuję się: hola, Pszonicka! Połowa zadań z listy na dziś zrobiona – nie jest źle!

Ekscytacja

Dopóki do etatowej pracy wstawałam z myślą, że spotka mnie dziś coś fajnego, nauczę się czegoś nowego i czułam, że ten dzień będzie udany – wszystko było dobrze. Niestety po kilku miesiącach takie poranki stały się rzadkością wykurzoną przez rutynę. A szkoda, bo takie podekscytowanie daje energii na cały dzień i gwarantuje, że będzie on produktywny! We własnym biznesie na szczęście tego nie brakuje :)

Dobry humor od rana jak śmietana

Na szczęście wesołe poranki spotykają mnie teraz dużo częściej – zdarza się nawet, że 7 dni w tygodniu! Nie wiem czym są one spowodowane, chyba perspektywą, że dzień będzie po prostu wyglądał w dużej mierze tak jak JA chcę.

Wydatki na kawę…

…muszę pokryć z własnej kieszeni. Lubiłam jednak jak robił to za mnie pracodawca :)

Życie towarzyskie

Uwielbiam spotykać się z ludźmi – zarówno poznawać nowych jak i lepiej tych „starych”. Co prawda jeszcze bardziej lubię unikać ludzi, których nie lubię, ale o tym nie dziś.

Doceń obecność znajomych w pracy

Prawda jest taka, że w pracy poznałam jednych z fajniejszych ludzi dekady. Mieli podobne wykształcenie co ja, podobne doświadczenia, niektórzy mnie inspirowali, mieliśmy wiele wspólnych tematów do rozmów. Poza tym widzieliśmy się codziennie w przerwie na kawę, więc kontakty były intensywne – czego chcieć więcej?

Na pewno łatwiej jest utrzymać takie „pracowe” znajomości. Sami wiecie jak trudne jest utrzymywanie relacji z ludźmi, z którymi nie widujemy się zbyt często… Trzeba pamiętać żeby napisać życzenia na święta, żeby umówić się na kawę (potem dotrzymać terminu spotkania…) i takie tam. W pracy jednak jest łatwiej, bo jakby nie patrzeć – jesteśmy na siebie „skazani”.

Towarzyski balans

Z drugiej strony kumplowanie się tylko z ludźmi z pracy przeczy zasadom work-life balance. No bo o czym porozmawiacie? Prędzej czy później wiadomo, że o pracy! A gdzie kino, urlopy, wycieczki, plany na przyszłość (o tak, ze znajomymi z pracy często się o tym nie pogada…). Co to znaczy? Że dalej trzeba szukać i poznawać nowych ludzi poza pracą, ale łatwo o tym zapomnieć!

Będąc na swoim dbasz sam o wszystko, łącznie z towarzystwem!

Moim zdaniem, dużo łatwiej jest zaspokoić swoje podstawowe potrzeby kontaktów ludźmi jeśli jednak chodzi się do etatowej pracy. Niestety prowadzenie biznesu może w pewnej chwili polegać na siedzeniu całymi dniami przed komputerem i zaistnieje konieczność nawet zmuszania się (!), żeby wyjść dziś do ludzi i z kimś pogadać.

Stąd bardzo ważne jest przykładanie wagi do networkingu! Nie tylko dlatego, że zdobyte kontakty mogę zaprocentować biznesowo, mogą one po prostu zaspokoić potrzebę przebywania z innym człowiekiem i często po prostu inspirować :)

Zadowolenie z siebie

Gdzie moim zdaniem łatwiej o zadowolenie z siebie? Odpowiedź jest prosta – na etacie. Ale jest jeden warunek – rozpatrujemy sprawę w krótkim okresie np. 1-2 lat (ale o tym zaraz). Dzieje się dlatego, że zadaniami wpisanymi w rolę Twojego szefa są motywowanie Cię, chwalenie, zauważanie, docenianie i jeszcze kilka bardzo pozytywnych rzeczy. Teoretycznie powinno zależeć mu na tym byś jako pracownik był zadowolony z tego co robisz, a to jest ściśle powiązane z Twoim zadowoleniem z samego siebie.

Jak sprawa się ma, gdy prowadzisz własną działalność? Prosto – sam jesteś swoim szefem. Jeśli jesteś w tej roli po raz pierwszy  jest ryzyko, że nie umiesz o siebie odpowiednio zadbać np. nie chcesz się chwalić i budować zadowolenia ze swoich poczynań. Bardzo prawdopodobne, że krytykujesz się z powodu pierwszych porażek (mniejszych lub większych), że jesteś niezadowolony z ilości pracy jaką wkładasz w przedsięwzięcie (za mało albo za dużo), że nie wszystko układa się po twojej myśli i wydaje Ci się, że popełniłeś błąd.

W dłuższym okresie wszystko się jednak zmienia – w pracy wychodzą na wierzch Twoje prawdziwe potrzeby – widzisz, że np. robisz nie do końca to co chcesz i przez to nie jesteś zadowolony, widzisz okazje, które uciekają Ci koło nosa. Z kolei w biznesie uczysz się nowej roli szefa (w końcu ten Twój etatowy też kiedyś „cielęciem był”), jesteś w niej coraz lepszy, uczysz się na błędach, odnosisz sukcesy i cieszysz się z nich. W drugim przypadku są perspektywy! :)

Kilka dodatkowych uwag i wniosków:

Trzeba uważać – samodzielnie można np. się zagapić i nie wyznaczyć sobie nowego zadania w porę, co może spowodować małą katastrofę w postaci mało produktywnego tygodnia/miesiąca i nasze późniejsze niezadowolenie z siebie.

Poza tym, w pracy ma kto pochwalić i ewentualnie nauczyć jak robić coś lepiej. W projektach biznesowych jest się samemu dla siebie krytykiem, motywatorem i nauczycielem. Czasem przez to staję się dla siebie samej niewiarygodna – głównie gdy muszę sama się za coś pochwalić – niestety krytyk króluje :) Trzeba cały czas pracować nad pozytywnym nastawieniem do efektów swojej pracy.


Przemyślałam sobie sprawę i nie jestem przekonana czy faktycznie istnieje podział na:
* osoby, które są stworzone do etatowej pracy,
* osoby, które są stworzone do pracy na swoim.

Ja sama, z jednej strony, bardzo dobrze się czuję jako część grupy, pod czyimś kierownictwem, jednak z drugiej wiem, że na często sama zrobię to lepiej. Nie mogę na dłuższą metę pracować na takich „zwolnionych obrotach”. Poza tym, musiałabym i tak robić równolegle coś swojego, bo inaczej głowa mnie boli od nadmiaru niezrealizowanych pomysłów :)

Stąd właściwie mam problem i nie potrafię nigdy nikomu powiedzieć jednoznacznie – „rzuć etat”, „załóż biznes”. Myślę, że rozstrzygnięcie, która forma pracy jest lepsza to bardzo indywidualna decyzja i nie można jej podjąć pochopnie, na podstawie czyichś doświadczeń (albo co gorsza, powierzchownej „wizji” jak jedno i drugie mogą wyglądać).

Jedyna recepta? Sprawdź samemu! I to chyba będzie moja jedyna kategoryczna opinia w temacie. Uważam, że każdy ambitny człowiek, który chce się rozwijać powinien spróbować zarówno pracy dla kogoś (najlepiej kogoś mądrego) oraz pracy na swoim. Tylko tak można znaleźć swoją drogę.

I tego Ci życzę :)

Zdjęcia we wpisie są autorstwa Natalii: http://nataliaphotography.net/

Masz już swój biznesplan?

Już 3 321 osób się nim zachwyciło i zapisało się na blogowy newsletter!

Dołącz do nich i ściągnij darmowy jednostronicowy biznesplan. Zacznij realizować swój pomysł od zaraz :)

I will never give away, trade or sell your email address. You can unsubscribe at any time.