Odkąd pamiętam byłam mistrzynią snucia planów, szczególnie takich, z których potem nic nie wynikało. Niezbyt optymistyczny początek jak na wpis ze złotymi radami, prawda? Spokojnie, to dla zarysowania perspektywy, że dla każdego (nawet najbardziej beznadziejnego!) przypadku jest nadzieja :)

Dla kontrastu, im dalej w dorosłość i we własną działalność szłam, tym częściej zdarzało mi się słyszeć „ale Ty jesteś ogarnięta! Zazdroszczę Ci. Jak Ty to robisz?”. Na początku puszczałam takie komplementy mimo uszu, bo wiedziałam jaka jest prawda – „na zapleczu” byłam jednym wielkim (działającym, ale wciąż) chaosem. Z upływem czasu zaczęłam jednak zauważać, że w sumie to może nie jest ze mną tak źle?

Oczywiście, co typowe dla mnie, nigdy nie ustałam w poszukiwaniu drogi do dobrego planowania i opanowania tego całego bajzlu. Naturalne więc, że z czasem stawałam się w tym lepsza, więcej rzeczy zaczęło mi się udawać, wreszcie UCZYŁAM SIĘ na błędach, wyciągałam z nich wnioski, wprowadzałam w życie ulepszenia i tak… do dziś!

Dziś jestem w miejscu, gdzie bez porządnego planowania nie dojdę nigdzie. Blog jest dla mnie bardzo ważną częścią życia i żeby działał dobrze, wymaga ode mnie porządnego planowania. Do tego, kiedy piszę te słowa jestem w 9 miesiącu ciąży i siedzę jak na tykającej bombie – w każdej chwili mogę urodzić co skutecznie pozbawi mnie kontroli nad życiem, a na pewno nad blogiem na jakiś czas :)

Jedyny ratunek więc w planowaniu!

Całe szczęście, jestem bardzo zadowolona z poziomu planowania do jakiego doszłam. Jest on okupiony toną porażek, świecenia oczami i wieloma fakapami (że tak zarzucę korpomową), ale było warto. Oczywiście pewnie może można było dojść do tego inną drogę, ale moja była właśnie taka i już jej nie zmienię. Więc doceniam, że w końcu doszłam gdzie doszłam i podoba mi się tu! :)

A teraz przechodząc do rzeczy, poznajcie kilka sekretów, czyli…


Moich 7 strategii skutecznego planowania

Nie biorę na siebie za dużo

Po prostu mówię tu wielkie NIE! Wiele razy pisałam Wam o tym, że mam skłonność do pracy nad zbyt wieloma rzeczami na raz i wielokrotnie pokazywałam opłakane tego skutki. Powtórzę: zwykle orientowałam się, że mam na głowie za dużo, gdy dochodziłam do ściany, gdzie nie dało się już nic zrobić. I uwierzcie mi – mało jest bardziej nieprzyjemnych uczuć (oczywiście dla mnie) niż świadomość niewypełnionego zobowiązania!

Dlatego tej zasady trzymam się sztywno – nie biorę na siebie więcej zadań niż mogę udźwignąć. W praktyce wygląda to tak, że zobowiązuję się (również przed sobą) do połowy rzeczy, które wydaje mi się, że mogę zrobić. Dzięki temu zostaje mi trochę czasu na spontaniczne działanie w obliczu nadarzającej się okazji. Bardzo miła sprawa. Polecam!

Planuję w krótkich blokach czasowych

90 dni naprzód to maksimum. Marzę o tym, by kiedyś dojść do planowania w perspektywie roku, ale narazie uważam, że kwartał jest good enough. Wręcz czasem perfect.

Widzę to tak: kiedy planujesz rok, na przykład w styczniu, to z każdym kolejnym miesiącem spada prawdopodobieństwo, że zaplanowany na ten czas projekt będzie aktualny. Pod każdym względem. Rok to taki długi okres, że naprawdę ekstremalnie ciężko przewidzieć co zdarzy się np. przed wrześniem, żeby przewidzieć jaki będzie październik. Szczególnie, że żyjemy w bardzo dynamicznych czasach i aż szkoda odbierać sobie elastyczności!

Lubię wiedzieć co zrobię w danym roku (tak jak napisałam to w moim biznesplanie na 2017 rok), jednak nie przypisuję poszczególnych planów „na sztywno” do kolejnych miesięcy. Konkrety planuję tylko na kwartał do przodu i to u mnie działa!

TAK = NIE

Znów trochę eliminacji! Kiedy jednemu zadaniu mówisz „tak”, to dla innego oznacza „nie”. To założenie jest oczywiste, bo doba ma tylko 24h i nie jest z gumy, ale (wstyd się przyznać) pilnuję tej zasady z żelazną dyscypliną dopiero od kilku miesięcy. I muszę przyznać, że lubię jej konsekwencje!

Szczególnie, że do tej pory raczej przeważało u mnie TAK i w efekcie mówiłam nieświadome NIE wielu bardzo ważnym rzeczom (jak na przykład, tu się zdziwicie, pisaniu postów na bloga!)… Czemu? Do dziś się zastanawiam. Spuśćmy na to zasłonę milczenia.

Odkąd jej przestrzegam, mam dużo więcej czasu na rzeczy ważne. I zagłuszam nią wyrzuty sumienia, że komuś odmawiam, skutecznie jak mało czym :)

Dbam o siebie

Planuję nie tylko pracę, biorę również poprawkę na odpoczynek i czas wolny. Nie odmawiam sobie tych rzeczy, wręcz czasem je sobie wmuszam. Bo jestem z tych co zapominają, że kupili zapas maseczek, które trzeba zużyć albo odkładają wizytę u kosmetyczki jak gdyby to była najcięższa praca dnia. Nie mówiąc już o książkach, które czekają na przeczytanie!

Jak przekonałam się w czasach gdy pracowałam w korporacji, nie ma nic lepszego niż wieczorne olanie tematu pracy. Dlatego daję sobie czas na relaks bez najmniejszych wyrzutów sumienia!

Realizacja planów idzie wtedy dużo lepiej! Bo w końcu człowiek zmęczony i niezadbany nie ma szans pracować na pełnych obrotach…

Jestem uważna…

To bardziej strategia działania, ale bardzo ważna, więc warto o niej wspomnieć! Bo niszczy plany skutecznie jak mało co!

Wiele razy zdarzyło mi się tak, że mimo posiadania najlepszego planu pracy, był on burzony przez jedno upierdliwe zadanie. Takie na które nie miałam najmniejszej ochoty, a musiało być zrobione. Zwykle odkładałam je na wieczne później, przez co inne plany padały i to był początek końca – przynajmniej dobrego humoru!

Na początku oczywiście się biczowałam – jakże by inaczej. Taka jestem okropna i nieogarnięta, że nie mogę się zmusić do wykonania jednej ważnej rzeczy! A potem coś zrozumiałam. Nie ma takiego planu, który nie zawiera żadnego upierdliwego zadania.

Wymyśliłam, że jeśli chcę osiągnąć cel, muszę:
– być uważna i rozpoznać „upierdliwe zadanie” zanim ono mnie zdominuje
oraz
– znaleźć szybko wyjście z tej sytuacji.

Jednym z takich rozwiązań jest zmuszenie się do wykonania takiego zadania, ale nie jestem w tym dobra. Jeśli już mi się to uda, zabiera mi to cały dzień i okupione jest wieloma podejściami jak pies do jeża. Zostawiam to na bardzo ważne przypadki.

Alternatywnie, deleguję – szukam specjalisty, proszę kogoś o pomoc.

Alternatywnie, wykreślam tę część planu, z wszelkimi tego konsekwencjami.

Kontroluję się…

… ale bez przesady. Co to znaczy? Już mówię. Otóż długo zastanawiałam się jak to zrobić, żeby zaobserwować ile tak naprawdę czasu przeznaczam na pracę? Przecież to podstawa do planowania przyszłych zadań prawda? Skąd mam wiedzieć ile zajmie mi napisanie posta, skoro nie pamiętam ile czasu zajęło mi to ostatnio?

Odpowiedzią na tę potrzebę jest narzędzie IFTTT, które działa mniej więcej tak: ustawiasz, że jeśli stanie się COŚ to na stać się COŚ. Proste :)

We wspomnianym przypadku zaprogramowałam w nim, że:
– jeśli wcisnę zainstalowany przycisk na moim iPhone, to IFTTT zacznie rejestrować mój czas pracy w arkuszu kalkulacyjnym Google. Jak wcisnę guzik ponownie, zakończy liczenie czasu.

I tak, małym nakładem pracy, wiem ile i kiedy pracowałam :) Genialne!

Jeśli chcielibyście skorzystać z tej funkcji, nic prostszego – tu macie link. Żeby jednak dobrze działała, trzeba przed pierwszym użyciem zmienić w automatycznie utworzonym arkuszu Google, w jego właściwościach, lokalizację na „Stany Zjednoczone”. Inaczej będzie pokazywał błędy. Ale to 3 minuty pracy :)

Czasem nawet najlepszy plan jest zły

Podchodzę więc do planów elastycznie. Doświadczenia jakie opisuję w serii #BiznesMamy nauczyły mnie, że na pewne zadania czasem jest dobry czas, a czasem zły. I nic nie zrobisz.

Uznaję, że w obrębie jednego lub dwóch dni, mogę pewne sprawy odpuścić, jeśli nie czuję, że jest na nie odpowiedni czas. Jednak w skali makro, chciałabym żeby zadania były wykonane. I paradoksalnie, często odpuszczenie motywuje mnie, by jednak zrobić mały krok do przodu. A potem to już idzie łatwo!


Może nie jest to jakiś super ekstra instruktażowy tekst, ale strategie w nim przedstawione zdecydowanie są warte uwagi i polecam je od serca!

Przyczyniły się do tego, że więcej planów udaje mi się doprowadzić do końca, a samo pracowanie nad nimi nie odbywa się w jakichś specjalnie wielkich bólach, także to coś znaczy :) Szczególnie dla takiego beznadziejnego przypadku jakim byłam jeszcze na początku studiów (chociaż nie wiem czy to się jeszcze liczy – to było prawie 10 lat temu!).

Podejrzewam, że każdy z nas ma jakieś takie „sekretne strategie”, które mogłyby pomóc innym! Więc jeśli nie masz nic przeciwko ich ujawnieniu, napisz coś więcej o nich w komentarzu na dole? :)

Masz już swój biznesplan?

Już 2 959 osób zapisało się na blogowy newsletter!

Dołącz do nich i ściągnij darmowy jednostronicowy biznesplan. Zacznij realizować swój pomysł od zaraz :)

I will never give away, trade or sell your email address. You can unsubscribe at any time.